środa, 30 stycznia 2013

Holograficzne oczka :)



Witajcie!

W ten mokry, szary, bury i ponury dzień przychodzę do was z odrobiną koloru ;) A konkretnie przychodzę z recenzją cieni do powiek. Malować oczy bardzo lubię, chociaż nie jestem w tym zbyt dobra. Kiedyś muszę się nauczyć jak prawidłowo malować swoją opadającą powiekę. Niestety nie spotkałam jeszcze na swojej drodze osoby, która pokazałaby mi jak to robić. Mniejsza o to ;) Robiąc rundę po drogeriach, często i chętnie zaglądam do szaf z kolorówką i przyglądam się cieniom do powiek. Dziś opowiem wam o

holograficznych cieniach do powiek Lovely (01 i 03). 

Kupiłam je oczywiście w Rossmanie w cenie około 5-6 zł.


Opakowanie: okrągłe, plastikowe pudełeczka, zawierające 2,5g produktu. Otwierają się i zamykają bezproblemowo, chociaż, jak możecie zauważyć na powyższym zdjęciu, opakowanie turkusowego cienia jest pęknięte. O ile dobrze pamiętam za mocno ścisnęłam :/ Design prosty, w biało-czarnej kolorystyce. Myślę, że można by było zainwestować w ładniejsze opakowania.

Wygląd i konsystencja: posiadam odcienie 01 i 03, czyli opalizujący beżo-brąz oraz turkus. Na powierzchni widoczne są wytłoczenia. Cienie są zwarte, ale łatwo dają się nałożyć za pomocą pędzelka. Mogą się nieznacznie osypywać podczas aplikacji. 

Zapach: brak

Wydajność: ciężko mi jest oceniać wydajność cieni, gdyż nie używam ich codziennie. Myślę jednak, że wystarczą spokojnie na kilka miesięcy.




Od producenta:
Jednokolorowe cienie do powiek w jesiennych barwach tęczy. Holograficzna poświata cieni nadaje spojrzeniu bardzo modnego efektu „holographic eyes”. Cienie zdobione są morskimi stemplami w postaci rozgwiazdy, muszli, kotwicy oraz konika morskiego przywołując tym samym wakacyjny klimat nawet w chłodniejsze dni. Formuła zapewnia wysoką trwałość i pielęgnację dzięki zawartości wit. E (źródło). 

Moja opinia

Jako pierwszy w mojej kosmetyczce zawitał odcień o numerku 01 – ciepły opalizujący brązo-beż. Najczęściej nakładam go jako cień bazowy na całą powiekę. Pigmentacja być może nie jest rewelacyjna, ale na oku wygląda bardzo ładnie, delikatnie połyskując. Podczas aplikacji może się delikatnie osypywać, ale dla mnie nie stanowi to problemu. Korzystając z rossmanowskiej promocji -40% na całą kolorówkę, postanowiłam zakupić jeszcze jedno holograficzne oczko. Kolor o numerze 03 to przepiękny turkus. Niestety pigmentacja pozostawia trochę do życzenia – kolor nie jest tak intensywny jak w opakowaniu. Najczęściej używam go do akcentowania dolnej powieki – efekt jest delikatny, ale widoczny. Oba cienie nałożone na bazę (w moim przypadku Hean) trzymają się spokojnie 10 godzin i nie zbierają się w załamaniu powieki. Naprawdę polubiłam je bardzo i planuję dokupić kolejne odcienie! Bardzo kusi mnie wersja niebiesko-fioletowa (to chyba nr 04). Mogłabym się tylko przyczepić do opakowania (mogłoby być solidniejsze i ładniejsze!) i do pigmentacji (więcej koloru!). 

Podsumowując: fajne, tanie i łatwo dostępne cienie, które są i będą stałymi mieszkańcami mojej kosmetyczki.

Niestety nie zaprezentuję wam, jak owe cienie prezentują się na powiece, gdyż, jak już wcześniej wspomniałam, nie jestem wprawna w dziedzinie  makijażu i nie chcę narobić sobie obciachu ;)

Znacie te cienie? Co o nich sądzicie?:)

Pozdrawiam,
Aga

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Was ist das? Aloes i kwas! ;)



Hej!

Dzisiaj przychodzę do was z kolejnym postem maseczkowym. Zauważyłam ostatnio, że kupowanie i testowanie nowych maseczek stało się dla mnieniesamowitą przyjemnością! Przynajmniej dwa razy w tygodniu staram się nałożyć na twarz coś więcej niż tylko krem. Raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie uzupełniam zapas maseczek. Oprócz tych sprawdzonych często wrzucam do koszyka coś nowego. Tym razem nowością była

  maseczka wygładzająca z kwasami AHA i sokiem z aloesu od Perfecty

Zakupiona została w Rossmanie w cenie 1,69 zł. 


Opakowanie: saszetka, w której znajduje się 8 ml produktu. Łatwo się otwiera dzięki małemu wcięciu na jednym z boków. Z racji tego, że produktu nie da się zużyć za jednym podejściem, bardziej higieniczna byłaby tubka. Dobrym rozwiązaniem jest np. wyciśnięcie maseczki do pustego słoiczka po kremie.

Wygląd i konsystencja: biały kolor i budyniowa konsystencja. Nic nie spływa, daje się łatwo rozprowadzić na skórze. 

Zapach: dość intensywny, przypomina mi zapach perfum mojego Rodziciela (niestety nie pamiętam nazwy);) Niektórym może się nie podobac jego intensywność. Przez jakiś czas utrzymuje się na skórze. 

Wydajność: saszetka wystarczyła mi na 7 aplikacji.

Obietnice producenta:


Skład:
Aqua, Caprylic Triglyceride, Dicaprylyl Carbonate, Isohexadecane, Cetearyl alcohol, Cetearyl Glucoside, Lactic Acid, Glycolic Acid, Citric Acid, Malic Acid, Salicylic Acid, Glycerin, Hydrogenated Polisoubutene, Dimethicone, Hydrogenated poly-1-Decene, Hydroxethyl, Acrylate/Sodium, Acryloyldimethytaurate VP Copolymer, Macadamia Temifolia Seed Oil, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Allantoin, Sodium hydroxide, Disodium EDTA, BHA, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Methylisothiazolinone, Parfum

Moja opinia:

Kiedy jakiś nowy produkt pojawia się w mojej łazience, nie mogę się doczekać, żeby go wypróbować. Maseczkę z kwasami i sokiem z aloesu wzięłam w obroty już w dniu zakupu. Stosowałam ją według zaleceń producenta: nałożyłam na twarz zamiast kremu na noc. I tu delikatnie się zdziwiłam, bo niby się wchłonęła, ale pod palcami wyczuwalna była tłusta, nieco irytująca warstewka… Miałam wrażenie, że wszystko zaraz wytrę w poduszkę. Rano warstewka była nadal. Czułam to szczególnie podczas mycia twarzy. Ale postanowiłam nie marudzić, tylko skupić się na efektach. Po zużyciu całej saszetki mogę powiedzieć, że skóra była rzeczywiście wygładzona, oczyszczona a koloryt został delikatnie ujednolicony. Złuszczanie jest jak dla mnie stosunkowo delikatne. Zmniejszania zmarszczek, wyrównania nierówności skóry czy redukcji plam pigmentacyjnych nie zauważyłam. Możliwe, że takie efekty będą po długotrwałym stosowaniu maseczki. Plusem jest dla mnie to, że nie podrażniła skóry i nie wywołała spędu braci pryszczy. Dodatkowo jest tania, łatwo dostępna i ma przyjemny (jak dla mnie) zapach. Denerwują mnie w tym produkcie dwie rzeczy: mało higieniczne opakowanie i ta tłustawa warstewka na twarzy. Dodam jeszcze, że producent nie poleca tej maseczki do cery wrażliwej i naczynkowej oraz sugeruje, aby dzień po aplikacji chronić skórę przed słońcem!

Podsumowując: niedrogi, łatwo dostępny, ale raczej przeciętny produkt, dlatego już chyba do niego nie wrócę. 

Miałyście do czynienia z tą maseczką?

Pozdrawiam,
Aga

Podkradam TAG! ;)

Witajcie!

Nie było mnie przez calutki weekend, ale już do was wracam ;) 

Dziś jestem podkradaczem ;) U Make Up Passion wyczaiłam fajny TAG o wdzięcznej nazwie "Moich Siedmiu Wspaniałych". Bardzo mi się spodobał, bo choć niekosmetyczny, to jest na co popatrzeć ;) W końcu nie samymi kosmetykami kobieta żyje! Nam też się coś od życia należy.

Przedstawiam wam moich Siedmiu Wspaniałych! 


1. Jason Statham - niekwestionowany numer jeden na mojej liście! Nie tylko przystojny facet, ale także świetny aktor. Obejrzałam chyba wszystkie filmy z jego udziałem.



2. Josh Hartnett - kolejne ciacho na mojej liście. Totalnie zauroczył mnie w filmie "Pearl Harbor". A później w filmie "Apartament". Nic tylko schrupać! ;)




3. Bruce Willis - chciałoby się powiedzieć: "stary, ale jary" ;) Prześwietny aktor i jeszcze całkiem przystojny facet ;) Najbardziej lubię go w "Szklanych pułapkach", które oglądałam już dziesiątki razy.




4. Wentwotrh Miller  - któż nie zna tego słodkiego jak budyń z soczkiem chłopaczka? ;) Sławę zyskał dzięki serialowi "Prison break", który oglądałam z zapartym tchem, często do bardzo późnej nocy ;) 




5. Paweł Małaszyński - na mojej liście nie zabrakło też polskiego akcentu! Jak dla mnie Paweł Małaszyński to jeden z przystojniejszych polskich aktorów. I do tego fajnie śpiewa!


6. Marcin Dorociński - bardzo go lubię, mimo że wciąż gra mafiozów, zbójów i innych typów spod ciemnej gwiazdy. Polecam film "Ogród Luizy" z Panem Marcinem w roli głównej.


7. David Boreanaz - na koniec postać znana fankom seriali kryminalnych ;) W tym przypadku jest to jeden z głównych bohaterów serialu "Kości". 

I tak oto kończy się moja lista, chociaż spokojnie mogłabym dodać kolejną siódemkę;) 

Zapraszam serdecznie do wzięcia udziału w TAGu!

Pozdrawiam,
Aga

czwartek, 24 stycznia 2013

Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy...

Witajcie!

Pamiętacie moją prośbę o poradę w kwestii kremu pod oczy? KLIK!  Wzięłam pod uwagę wasze propozycje (za które stokrotnie dziękuję!), zrobiłam małe rozeznanie na Wizażu i postanowiłam śmignąć do miasta na zakupy. 
W Superpharm błąkałam się między półkami jak ta sierota. W końcu poprosiłam o pomoc jedną z konsultantek. Miałam na oku krem od Tołpy:

źródło
Niestety w SP go nie mieli. Konsultantka poprowadziła mnie na dział kosmetyków aptecznych i zaprezentowała kilka kremów pod oczy. Niestety większość miała dość zaporową dla mnie cenę. Wiem, że krem pod oczy jest jedną z tych inwestycji we własną urodę, na której nie warto oszczędzać. Ja niestety jestem do tego poniekąd zmuszona (przynajmniej chwilowo). Po wielu minutach przemyśleń, rozmyślań i dylematów zdecydowałam się na ten oto produkt:


Jego regularna cena to 28 zł. Korzystając z 30% zniżki zapłaciłam za niego niecałe 20 zł. Jednak byłam zdziwiona niewielką ilością opinii na jego temat. Na Wizażu nie mogłam go znaleźć, podobnie zresztą jak opinii blogerek na jego temat. Któraś z was miała okazję używać tego cudaka? Mam się niepokoić? ;)

Jak już poszłam w miasto to dotarłam do drogerii Hebe. Weszłam ot tak sobie, porozglądać się tylko. I tak sobie chodzę między tymi ślicznymi, błyszczącymi półeczkami, grzejąc się w ciepłym wnętrzu i zerkając na kosmetyki. Nagle patrzę, a tu wcześniej wspomniany krem od Tołpy w cenie 19,99! Czyli prawie identyczna cena, jaką zapłaciłam za Hydrain3. Trochę się wkurzyłam, ale cóż mogłam w tym momencie zrobić...Jak zwykle mądra Agatka po szkodzie... Chciała skorzystać z promocji a wyszło jak zwykle. Na szczęście każdy błąd sprawia, że jesteśmy bogatsi o kolejne życiowe doświadczenie.

Ale żeby nie było tak smutno, to na pocieszenie kupiłam sobie jelenia! :P 


I dodatkowo założyłam sobie w kartę stałego klienta. Może się kiedyś przyda;)

Tymczasem trzymajcie się ciepło i poręczy! ;)

Pozdrawiam,
Aga

wtorek, 22 stycznia 2013

Kameleon wlazł na neon i udaje, że to nie on! ;)



Hej!

Jak już zapewne zauważyłyście, częściej piszę o kosmetykach pielęgnacyjnych aniżeli o kosmetykach kolorowych. Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest taki, że moje kolorowe zbiory są dość skromne (ale jak dla mnie wystarczające). Nie lubię kupować czegoś, żeby tylko kupić i żeby leżało. Drugi powód jest taki, że kolorówka ma większe wymagania pod względem fotograficznym. Ważne jest tutaj przede wszystkim dobre oświetlenie, które pozwoli wydobyć naturalne kolory. Szczęśliwe posiadaczki profesjonalnego sprzętu nie martwią się takimi drobnostkami ;) Ja póki co muszę sobie radzić przy pomocy naturalnego dziennego światła i mojego kompaktowego aparatu Sony :).

Dzisiaj zdecydowałam się na post „kolorówkowy”. Bohaterem odcinka będzie przepiękny cień do powiek, który podbił moje serce. Jak już się pewnie domyślacie chodzi o 

cień do powiek Catrice C’mon Chameleon (nr 410).

Jest on dostępny w Drogerii Natura w cenie 11,99 zł. 



Opakowanie: plastikowe, kwadratowe, przezroczyste, zawierające w sobie 2 g produktu. Zamknięcie jest bardzo porządne – nic nam się nie otworzy w kosmetyczce. Podoba mi się to, że opakowanie jest całkowicie przezroczyste. Dzięki temu na pierwszy rzut oka widać, z jakim kolorem mamy do czynienia.

Wygląd i konsystencja: fantastyczny duo chromowy cień, mieniący się na zielono i na niebiesko, w zależności od kąta padania światła. Cień nie kruszy się podczas aplikacji, jednak przy użyciu pędzelka nieco się osypuje.

Zapach: nie czuję żadnego.

Wydajność:wydaje mi się, że wystarczy na długo, ponieważ cień jest dobrze napigmentowany.





Nie wiem, czy udało mi się uchwycić na zdjęciach ten "żuczkowy" efekt, ale mam nadzieję, że tak.

Moja opinia:

Na kameleonka trafiłam szukając w Naturze zupełnie innej rzeczy. Nie słyszałam wtedy jeszcze o firmie Catrice, więc postanowiłam zapoznać się z asortymentem. Kameleon od razu wpadł mi w oko, choć nie ukrywam, że gdybym miała zasobniejszy portfel, wzięłabym jeszcze kilka kolorów ;) Postanowiłam jednak wziąć do domu tylko jednego zwierzaka ;) Długo siedziałam z nim przy oknie podziwiając mieniące się kolory. W zależności od metody nakładania będziemy mieć na powiece dwa różne kolory: przy rozcieraniu brąz, a przy wklepywaniu do brązu dołącza zielonkawy połysk. Jednym słowem żuczek jak żywy! Pigmentacja jest według mnie bardzo dobra. Możemy ładnie stopniować ilość cienia na powiece, dzięki czemu wyczarujemy nim zarówno dzienny, jak i wieczorowy makijaż. Jeśli chodzi o trwałość to nie mam mu nic do zarzucenia. Trzyma się spokojnie caly dzień. Zaznaczę, że stosuję go na bazę. Bez bazy nie próbowałam. Cień nakładam małym pędzelkiem Essence (tak, tak! Tym popularnym fioletowym pędzelkiem;)). Troszkę się osypuje, ale wystarczy jeden ruch pędzlem do pudru i wszystko wraca do normy. 

Podsumowując: cień o ciekawym kolorze, dobrej pigmentacji i dobrej trwałości. Cena przystępna. Niewykluczone, że skuszę się na jeszcze jakiś kolorek z tej serii.

Macie to urocze zwierzątko w swoich zbiorach? ;)

Tak w ogóle bawię się ostatnio wyglądem mojego bloga. Naszło mnie na tworzenie w PS nowego nagłówka. Jak wyszło – każdy widzi. Mile widziane wszelkie sugestie i konstruktywna krytyka ;)

Pozrdawiam,
Aga

poniedziałek, 21 stycznia 2013

The Versatile Blogger! :)

Hej!

Niedawno zostałam oTAGowana przez Martę znaną w blogosferze jako eM. TUTAJ możecie zobaczyć jej bloga:) Nad odpowiedziami do TAGu musiałam się troszkę pozastanawiać, bo w pierwszej chwili nie miałam bladego pojęcia, jakie fakty o sobie mogłabym wam zaprezentować;) Nie będą to jakieś super-hiper ciekawe fakty, a to dlatego, że moja skromna osoba jest bardzo przeciętna. Taki "statystyczny Kowalski" ;)
Zainteresowanych zapraszam do lektury:)


Zasady:

Każdy  nominowany blogger powinien:
  • podziękować nominującemu na jego blogu
  • pokazać nagrodę Versatile Blogger u siebie
  • ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie
  • nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują
  • poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.

1. Jestem jedynaczką. Mówię o sobie, że jestem rozpieszczoną egoistką;) Kiedy zapytałam rodziców, dlaczego nie mam rodzeństwa, mama odpowiedziała mi: "Nie wykazywałaś chęci posiadania takowego" ;)

2. Z wykształcenia jestem meteorologiem/klimatologiem.

3. Zawsze miałam dwie lewe ręce do gotowania i przyprawiania. Zawsze kręciłam się w kuchni i podglądałam, ale nie robiłam nic sama.  Od czasów wyprowadzki zmuszona jestem przyrządzać sobie pożywienie i całkiem nieźle mi to wychodzi;)

4. Kiedy byłam mała chciałam zostać weterynarzem. Do dziś pozostała mi tylko (albo aż) miłość do zwierząt.

5. Nigdy nie byłam na żadnej diecie. Absolutnie nigdy. Mam parę kilo nadbagażu, ale mam zbyt słabą silną wolę i jestem zbyt leniwa żeby się ich pozbyć;)

6. Jestem wielką fanką siatkówki, a nie umiem w nią grać ;)

7. Nie mam prawa jazdy. Po prostu kierownica mnie nie przyciąga. Niestety niektórzy nie potrafią tego zrozumieć...


Do zabawy chciałabym nominować:

Wiem, wiem. Miało być 15. Ale będzie 5 i już ;)

Pozdrawiam,
Aga

sobota, 19 stycznia 2013

Dziewczęta, pomóżcie!

Witajcie!

Mam do was dzisiaj wielką prośbę. Prośbę o pomoc, poradę. Od jakiegoś czasu rozglądam się za kremem pod oczy. Dziś, podczas przeglądania poczty, otrzymałam maila od Superpharm. Są tam kupony promocyjne dla właścicielek karty Lifestyle. Wśród tych kuponów znalazłam coś co mnie interesuje, a mianowicie to:


W związku z tym mam pytanie. 

Czy znacie może jakiś dobry krem pod oczy, 
który mogłybyście mi polecić i który byłby dostępny w SP?

Będę bardzo wdzięczna za każdą pomoc. 

Pozdrawiam was ciepło w ten zimny dzień,
Aga

czwartek, 17 stycznia 2013

Skromne zakupy i...

Witajcie!

Zawsze, kiedy mam okazję zaglądam do Rossmanna. Obawiam się, że to doprowadzi mnie no zguby (może nie tyle mnie, co mój portfel) ;) Jest to pewnego rodzaju uzależnienie, z którym muszę zacząć walczyć. Tym razem jednak znów uległam i poległam ;) Żeby tego było mało, dzisiaj przeglądałam nową gazetkę promocyjną i obawiam się, że czeka mnie kolejna wizyta w tym "przybytku kosmetycznej rozpusty";) Jest ktoś chętny do wsparcia finansowego? :P 

Ale bądźmy chwilę poważni. Moje dzisiejsze zakupy są bardzo skromne, ale cieszą. Oto co wpadło do koszyczka mego:

 Maskara Wibo Extreme Lashes. Dobre opinie i niska cena (około 6,5 zł) jak najbardziej zachęciły mnie do zakupu. Jestem ciekawa efektów.

Szampon żurawinowy zwiększający objętość włosów od Barwy. Pachnie przecudnie! Zobaczymy jak będzie działał na moje włosy.

I to już koniec zakupowych przyjemności! Ale żeby nie było tak krótko i przynudnawo chciałabym się jeszcze podzielić wrażeniami z użytkowania pewnych próbek, jakie otrzymałam jakiś czas temu. Oto one:


Otrzymałam je w Rossmannie wraz z innymi niespodziewajkami, o których przeczytacie TUTAJ. Leżały jakiś w szafce trochę zapomniane, ale zachciało mi się jakiejś prysznicowej odmiany i postanowiłam po nie sięgnąć. 
Próbeczki są niewielkie, bo zawierają w sobie tylko 14 ml płynu, ale to spokojnie wystarczy na jedną sesję prysznicową. 
Na pierwszy ogień poszła wersja o zapachu mięty i drzewa herbacianego. Powiem wam szczerze, że przeżyłam lekki szok. I nie był on związany z zapachem (najprawdziwsza miętowa guma do żucia), ale z uczuciem natychmiastowego orzeźwienia, a nawet chłodu! Żel ten fantastycznie sprawdzi się latem, ale zimą niekoniecznie. Chyba, że lubicie mieć gęsią skórkę w gorącej, zaparowanej łazience;)
Druga wersja zapachowa to malina i wanilia. Tu z kolei mamy zapach cukierków Alpenliebe jak żywy! Bardzo słodki, nieco mdlący, przez co nie przypadł mi za bardzo do gustu.
Oba żele dobrze myją, fajnie się pienią i nie wysuszają skóry. Zapach jest krótkotrwały i nie utrzymuje się wcale na skórze. 
Moim zdecydowanym faworytem wśród żeli OS jest wersja czekolada z pomarańczą. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ.

Pozdrawiam was ciepło,
Aga

środa, 16 stycznia 2013

Nie taka Ziaja straszna?



Witajcie!

Od jakiegoś czasu czytam niezbyt pochlebne opinie o produktach firmy Ziaja. Czyżby kosmetyki tej firmy aż tak się „skiepściły”? Sama ostatnio nie mam pozytywnych doświadczeń z Ziają. A to krem nawilżający z serii Sopot, który po dłuższym okresie stosowania powodował niesamowite błyszczenie się skóry, a to płyn micelarny z tej samej serii, który niemiłosiernie podrażniał moje oczy (chociaż wcześniej nic takiego nie miało miejsca!)… Naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Postanowiłam zaryzykować ten ostatni raz i kupiłam 

peeling enzymatyczny Ziaja z serii Ulga.

Zakupu dokonałam w Naturze i zapłaciłam 9,99 zł. 


Opakowanie: średnio miękka, biała, nieprzezroczysta tubka, którą stawiamy „na głowie”. W środku znajduje się 60 ml produktu. Zamknięcie stanowi klapka na „klik”. Stylistyka opakowania mega minimalistyczna. Biel w połączeniu z połyskującymi niebieskimi napisami kojarzy mi się ze sterylnością i kosmetykami aptecznymi.

Wydajność i konsystencja: peeling ma kolor biały i konsystencję budyniu. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze, nie spływa i łatwo można go usunąć. Ja robię to za pomocą gąbeczki.

Zapach: producent deklaruje, że jest to produkt bezzapachowy. Ja jednak jakiś zapach wyczuwam i kojarzy mi się on z… pleśnią! Po raz kolejny pragnę podkreślić, że nie jestem dobra w określaniu zapachów, więc to co dla mnie może być pleśnią dla kogoś innego może być mydłem lub talkiem;)

Wydajność: używam go od ponad dwóch miesięcy zgodnie z zaleceniami producenta (1-2 razy w tygodniu) i zostało mi chyba 1/3 opakowania. Piszę „chyba”, ponieważ tubka jest nieprzezroczysta i potrzeba silnego strumienia światła, żeby dojrzeć, ile jeszcze produktu pozostało.


Co obiecuje producent?



Skład:
Aqua (Water), Glycerin*, Sodium Hydroxide, Carbomer/Papain Crosspolymer, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Algin, Polysorbate 20, Carbomer, Laminaria Ochroleuca Extract, Caprylic/Capric Triglyceride*, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil*, Allantoin*, Panthenol, Propylene Glycol, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) roqt Extract*, Glyceryl Caprylate*, Methylparaben, Diazolidinyl Urea, Ethylparaben

Moja opinia:

Peeling mechaniczny czy chemiczny? Oto jest pytanie. Wiem, że jest wiele dobrych peelingów mechanicznych, ale ja jednak stawiam na enzymatyczne. Wcześniej stosowałam produkt od Perfecty i byłam zadowolona. Z racji tego, że lubię testować coraz to inne kosmetyki, postanowiłam kupić Ziaję, dając jej tym samym szansę na rehabilitację ;) Obietnice producenta spełnione są w 100%: peeling delikatnie, a nawet bardzo delikatnie złuszcza naskórek. Skóra jest rzeczywiście wygładzona i zmiękczona i gotowa na przyjęcie odżywczego kremu na noc. Nie ma absolutnie żadnych podrażnień i zaczerwienień. Mam jednak wrażenie, że Ziaja jest dla mnie nieco za delikatna! Ja, gruboskórna, potrzebuję chyba czegoś silniejszego;) Ten peeling polecałabym dziewczynom o delikatniejszej, wrażliwszej skórze. Pod warunkiem, że nie jesteście całkowicie uprzedzone do Ziajki ;) W moim odczuciu jest to całkiem przyjemny produkt: łatwa aplikacja i usuwanie, dobra dostępność i rozsądna cena jak najbardziej przemawiają na jego korzyść. Zapach to indywidualna kwestia każdego nosa, więc nie ma się nad czym rozwodzić;) Ja zużyję go do końca, bo krzywdy mi nie robi, ale następnym razem poszukam czegoś innego.

Możecie mi polecić jakiś fajny peeling enzymatyczny?

Pozdrawiam,
Aga